28 kwietnia 2019

Co się stało z naszą odpornością? Recenzja książki "Nawracające infekcje" Małgorzaty Gałęckiej

No ale serio, co się stało z naszą odpornością? Też macie wrażenie, że wszyscy w koło non stop są chorzy albo zaziębieni, albo każdy narzeka na jakieś choróbsko? Bo ja tak. I to nie tylko dlatego, że pracuję w szpitalu ;) Ja uważam się za osobę bardzo odporną- rzadko choruję, jak już, to czasem dopadnie mnie jakieś przeziębienie- bo oczywiście nie umiem się ubrać stosowanie do pogody- zawsze za ciepło, zawsze! Ale tak patrząc np. na moją koleżankę z pracy, ona niemal tydzień w tydzień komunikuje mi, że chyba coś ją bierze- na mnie wtedy pada blady strach, bo co jeśli pójdzie na zwolnienie lekarskie? 

Na szczęście dzięki wydawnictwu Galaktyka, które podesłało mi egzemplarz książki dr n. med Mirosławy Gałęckiej "Nawracające infekcje. Jak wspomagać układ odpornościowy", chyba mogę jakoś temu zaradzić. Dla Was mam więc recenzję książki, którą potem koniecznie pożyczę koleżance. Niech mnie nie straszy, że zostawi mnie samą z 500 pacjentami ;) 


Bardzo trudno o dobrą książkę o odporności, która w prosty sposób opisałaby jej zawiłości- układ immunologiczny człowieka jest bowiem bardzo złożony i skomplikowany. Ja osobiście nie znosiłam się na studiach uczyć o odporności wrodzonej, nabytej, przeciwciałach, limfocytach itd. Ale Mirosława Gałęcka ujęła ten temat bardzo po ludzku- nie musicie mieć żadnej wiedzy medycznej, aby wszystko zrozumieć i sobie przyswoić. Dodatkowo styl autorki jest bardzo obrazowy, często sięga też po odniesienia i porównania z naszego codziennego życia. A wszystko dodatkowo przedstawione jest bardzo zwięźle- nie ma tu rozdziałów na miliony stron- jest to, co powinniśmy wiedzieć, dzięki czemu lektura nie zajmuje nam tygodni. Bo szczerze, chociaż czytam książki medyczne często i jestem przyzwyczajona do tego stylu pisania i żargonu, to dłuższe poradniki, po prostu mnie czasami męczą. W "Nawracających infekcjach" po prostu widać, że Pani Doktor to konkretna osoba i nie powtarza 30 razy tego samego. 

13 stycznia 2019

Żreć czy żyć? Oto jest pytanie! Czyli kiedy kampania społeczna staje się aferą

Może już słyszeliście o TEJ WIELKIEJ AFERZE z plakatami Żryj/ Żyj, itd. Twórcy kampanii "Jedz ostrożnie!" pewnie chcieli dobrze- statystyki wręcz wrzeszczą na nas, że tyjemy w zastraszającym tempie, a z nami nasze dzieci. W szpitalu co i rusz lekarze wysyłają mnie do osób otyłych, żeby ich trochę wyedukować/ postraszyć/ przekonać, że warto się zdrowo odżywiać. Problem otyłości w Polsce i na świecie stale rośnie. Tylko co z tym zrobić? 


Plakaty, które pojawiły się na przystankach autobusowych w ramach 19. edycji konkursu Galerii Plakatu AMS szokują. Są niewygodne. Są też bardzo dobre- bardzo pomysłowe, ciekawie wykonane, przemawiające do wyobraźni. Problem w tym, że niektóre z nich są bardzo obraźliwe lub w łagodniejszych słowach, po prostu nieczułe i pozbawione empatii. I to nie jest wina artystów. To wina nas wszystkich, że tak a nie inaczej odbieramy te grafiki. Plakaty obdarły nas ze złudzeń, że jesteśmy miłym, wspierającym społeczeństwem, że pomagamy sobie nawzajem w potrzebie. Okazało się, że lubimy sobie dokopać, w "trosce" o zdrowie milionów Polaków możemy sobie wzajemnie wbijać szpilę, ale to przecież wszystko w szczytnym celu! 

I naprawdę nie chcę tu ganić autorów plakatów, twórców kampanii, czy kogokolwiek zamieszanego w powieszenie w tych plakatów i wypuszczenie ich na ulice. Uważam, że problem sięga dużo głębiej i jest zakorzeniony w naszej mentalności. Kampanie społeczne są potrzebne, należy uświadamiać ludziom jak wiele zagrożeń niesie ze sobą otyłość. Ale wierzę, że można to po prostu zrobić z taktem, delikatnie, wspierając i pomagając. 

Tytułowe słowo ŻRYJ kojarzy się bardzo jednoznacznie- z niekontrolowanym opychaniem się jak świnia. Czyli co? Osoby otyłe obżerają się jak świnie i dlatego są grube! Ta dam! To rewolucyjne odkrycie chyba przyniesie komuś Nobla. Szkoda, że nie porozmawiamy przy okazji o tym, że przyczyn otyłości jest wiele. Nie, bo w naszej mentalności zakorzenione jest przekonanie, że to prawda. Może nie uświadamiamy sobie tego na co dzień, ale tak właśnie myślimy- pora przyznać się do tego otwarcie. 

Z czym kojarzy się osoba otyła? Dla wielu pewnie ze słabością charakteru- bo "przecież wystarczy dieta MŻ!!!". Mniej żreć... no właśnie nie zawsze jest to klucz do sukcesu. Na problem otyłości składa się wiele czynników, w tym psychicznych, fizycznych, genetycznych i środowiskowych. Zrzucenie nadprogramowych kilogramów to proces długi, trudny, wymagający ogromnego poświęcenia i zaangażowania. Osoby otyłe często muszą przeorganizować całe swoje życie, aby rozpocząć walkę, która niestety nie zawsze kończy się sukcesem. Nawet rozsądne odchudzanie pod okiem dietetyka może być cholernie trudne. 

Osoby otyłe wiedzą, że są otyłe. Mają lustra, kupują ubrania, rodzina, znajomi i przyjaciele też pewnie delikatnie (lub mniej delikatnie) przekonują je, że może trzeba "wziąć się za siebie". Wiecie, schudnąć trochę, bo jak to tak- "taka ładna dziewczyna, a taka gruba", "taki przystojny facet by z niego był, gdyby tylko trochę się odchudził". Często wygląd osób otyłych to duży problem dla społeczeństwa. Co jest oczywiście niedopuszczalne- nikt, absolutnie nikt nie powinien być zachęcany/ zmuszany do chudnięcia, bo nie spełnia jakichś chorych standardów piękna. 

Niestety, nawet jeśli osoby otyłe czują się świetnie w swoim ciele, nie możemy zapomnieć o FAKCIE, że nadmierna masa ciała niesie ze sobą konsekwencje zdrowotne. I to jest problem. NIE WYGLĄD, A ZDROWIE.

Nie chcę tu wściekać się na te biedne plakaty- twórcy po prostu uchwycili na nich to, co nasze społeczeństwo nosi w sobie. Czyli niechęć (żeby nie powiedzieć nienawiść) do osób otyłych. Wiec niech każdy z nas zastanowi się, czy jest fair w stosunku do drugiego człowieka. Mam nadzieję, że mimo negatywnego wydźwięku z tej kampanii wyniknie coś dobrego i chociaż w niektórych obudzi się choć trochę empatii i zrozumienia, że walka z otyłością to nie taka łatwa sprawa- zarówno w sferze osobistej, jak i ogólnokrajowej. Aby walczyć z otyłością musimy wspierać, edukować, pokazywać jak zmieniać swoje nawyki, dawać gotowe rozwiązania lub inspirować, a nie krytykować, obrażać (nawet nieumyślnie), czy śmiać się. Ale czy Polacy są skłonni do tak dużej zmiany?  

Czy możemy żyć w poszanowaniu dla drugiej osoby, która potrzebuje pomocy? 

17 listopada 2018

Zdrowie na dobry start: recenzja książki "Jak wychować zdrowe dziecko" Joanny Dronki- Skrzypczak

Wydawnictwo Galaktyka lubi mnie czasem rozpieścić jakąś dobrą książką. Ale nie sądziłam, że sięgnę po poradnik o takiej tematyce- zdrowie i żywienie dzieci nigdy nie leżały w moim kręgu zainteresowań. Praca w szpitalu jednak zweryfikowała moją wiedzę na ten temat, gdy przyszło mi udzielać porad rodzicom i ich pociechom na oddziale pediatrycznym. Wiedzę w tym zakresie mam, nie powiem, że nie, ale jest to raczej ujęcie książkowe, a może mniej życiowe. Kiedy więc wydawnictwo skontaktowało się ze mną i zaproponowało zrecenzowanie książki Joanny Dronki- Skrzypczak, to stwierdziłam, że to chyba znak z niebios ;)

Przed lekturą nawet nie wiedziałam, że znam i lubię bloga autorki- Dietaeliminacyjna.pl. Jakoś nie połączyłam jej osoby z tą książką, brawo ja :D Ktoś zwrócił moją uwagę na ten portal na jakimś szkoleniu, dawno, dawno temu dałam "like'a" i tak oto od czasu do czasu na Facebooku wyskakiwał mi jakiś post autorki. Zawsze było to napisane zdroworozsądkowo i rzetelnie. Książka "Jak wychować zdrowe dziecko" też się tym cechuje. 


Niesamowicie rzadko czytam książki dietetyczne, w których nie mogę się do niczego przyczepić. Ale oto znalazłam świętego Graala. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że podpisuję się pod każdym słowem autorki. I to nie tylko dlatego, że ktoś mi wysłał książkę, a ja chcę być miła. Jest to poradnik krótki, zwięzły i na temat, Autorka ma smykałkę do pisania- czyta się to leciuteńko i nawet nie wiadomo kiedy, jest już po książce. Lubię poradniki, które nie zarzucają specjalistyczną wiedzą, ale tłumaczą wszystko w sposób zrozumiały dla odbiorcy. Jestem pewna, że żaden rodzic czy opiekun nie poczuje się przytłoczony nawałem informacji czy po prostu głupi. Joanna Dronka- Skrzypczak często posługuje się porównaniami, anegdotkami aby wyjaśnić trudniejsze rzeczy. Podaje przykłady, a także nie stroni od ostrzeżeń- zarówno przed zbyt dużym zafiksowaniem na punkcie zdrowia dziecka, jak i niedbałością o nie. 

Podoba mi się to, że autorka nie ocenia rodziców, ale pokazuje, że niektóre rozwiązania są dla dziecka po prostu korzystniejsze. Nie stygmatyzuje na przykład porodu przez cięcie cesarskie, ale wyraźnie wyjaśnia, że poród siłami natury jest lepszy dla dziecka i jego rozwoju. Co najważniejsze- wyjaśnia też DLACZEGO. Każdy z tego typu tematów rozwija i przytacza argumenty poparte badaniami naukowymi. Ale ze źródłami jest jeden duży problem.

13 października 2018

Praca jako dietetyk w szpitalu- jak wygląda naprawdę?

Dietetyk w szpitalu powinien być równie ważnym członkiem zespołu terapeutycznego, co lekarz, pielęgniarka czy fizjoterapeuta. Jak jest naprawdę? Oto ja, wchodzę cała na biało, z odpowiedziami na pytania, które sama sobie zadawałam, zanim zaczęłam pracę w szpitalu. 

Znalezienie pracy w jednym z warszawskich szpitali bez znajomości to chyba coś niecodziennego, bo każdy komu o tym mówię, od razu pyta czy właśnie tak dostałam pracę. Tak naprawdę miałam farta- szukając etatu po studiach rozsyłałam CV gdzie się da, w tym do kilku warszawskich szpitali. Kiedy otrzymałam odpowiedź od mojej obecnej kierowniczki, nie miała ona dla mnie pracy, ale obiecała się odezwać kiedy będą mieli wolny etat. To było w okolicach lutego o ile dobrze pamiętam. O całej sprawie właściwie zapomniałam, ale w okolicach lipca dostałam wiadomość z pytaniem, czy nadal jestem zainteresowana pracą. Byłam- bo innej pracy nie udało mi się jeszcze znaleźć. Wahałam się wtedy między jeszcze dwoma stanowiskami dietetyczki, ale zostałam przy tej propozycji. W ogóle słowność mojej szefowej mnie zaskoczyła- bo umówmy się, kto by pamiętał o jakimś tam mailu od szukającej pracy młodej dziewczyny, sprzed kilku miesięcy? 

http://www.picserver.org/highway-signs2/h/hospital.html
Moje doświadczenie zawodowe na ten moment nie było zbyt imponujące, ale nie było też takie żadne. Pracowałam podczas studiów w salonie modelowania sylwetki i miałam możliwość poprowadzenia dietetycznie klientek. Dodatkowo praktyki studenckie okazały się dużym plusem, chociaż uczęszczając na nie, myślałam, że w życiu to mi się nie przyda. Prowadzę też bloga (jak mi się przypomni :D), dorzućmy jeszcze kilka szkoleń i moje CV nie było takie puste. Po długim czasie bezrobocia, byłam też zmotywowana i pozytywnie nastawiona do pracy, więc udało się. Fakt, faktem, gdyby moja kierowniczka nie była osobą, która daje szansę młodym ludziom i nie patrzy na doświadczenie, a na to jaką się jest osobą, to pewnie szukałabym pracy dalej. 

2 miesiące pracy, wdrażania się, uczenia i przyzwyczajania nie przebiegały zupełnie gładko, ale cały zespół z którym pracuję był bardzo wyrozumiały, cierpliwy i przychylnie nastawiony. Chociaż spoczywa na mnie i mojej koleżance- również dietetyczce, duża odpowiedzialność, to kiedy dzieje się coś nieprzewidywalnego, zawsze mogę liczyć na pomoc. No właśnie, w moim szpitalu są dwa etaty dla dietetyczek- wcześniej jedna była bardziej od papierów i planowania wyżywienia dla pacjentów, a druga od wizyt u pacjentów na oddziałach. Ja i moja koleżanka zostałyśmy zatrudnione tego samego dnia i od razu znalazłyśmy wspólny język. Błogosławieństwem jest praca z fajnymi ludźmi- wierzcie mi :) My podzieliłyśmy sobie pracę inaczej, bo obie chcemy nauczyć się jak najwięcej i zyskać jak największe doświadczenie zawodowe. Tworzymy zespół i pracujemy wspólnie.

Jeśli miałabym wyznaczyć tą jedną rzecz, dla której warto się podjąć pracy w szpitalu, to będą to konsultacje z pacjentami. Jest to świetna okazja do pod szlifowania swoich umiejętności interpersonalnych, ale także zaprzestania rozmowy z pacjentami wyuczonymi na studiach formułkami. Jeśli rozmawiamy z pacjentami jak z ludźmi, dużo łatwiej jest zyskać z nimi dobry kontakt. Gdy podchodzimy do nich rutynowo i zadajemy jakieś sztywne pytania, to a i owszem odpowiedzą na nie, ale rozmowa będzie dużo bardziej nienaturalna. 

25 sierpnia 2018

Nie tylko karmię, ale i leczę- reforma szkolnictwa wyższego degraduje dietetyków

Myślałam, że jak już skończę studia, to wszelkie reformy w szkolnictwie wyższym będą mnie obchodzić tyle, co zeszłoroczny śnieg. Ale jak widać, polski rząd zawsze znajdzie sposób żeby mnie zaskoczyć- i jak zwykle- negatywnie. 

W nowym projekcie rozporządzenia Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego żywienie człowieka zostało sklasyfikowane jako dziedzina nauk rolniczych, a nie ochrony zdrowia. Nie obrażając kierunków rolniczych, ale jest to dla nas Dietetyków degradacja i odmawianie nam miejsca w działaniach na rzecz poprawy zdrowia i profilaktyki. Nie dość, że mój zawód nie jest jakkolwiek uregulowany prawnie- bo dietetykiem może się nazywać każdy szarlatan, a nie tylko osoba z wykształceniem wyższym w tym kierunku- to teraz ranga tego zawodu może polecieć na łeb, na szyję.

Jak widać rządzący nie uznają, że profilaktyka chorób i wspomaganie leczenia dietą są istotne. Szkoda tylko, że życie pokazuje, że jest inaczej. Wielu chorobom możemy zapobiegać dzięki odpowiedniemu sposobowi żywienia. Co więcej leczenie wielu schorzeń możemy dietą wspomagać. Czasami zmiana nawyków żywieniowych jest jedyną formą leczenia- jak w przypadku celiakii. 

Mieliśmy stać przy łóżku pacjenta- a odsyła się nas na pole. Tak, dietetyka wiąże się z żywnością, ale jest również dziedziną MEDYCYNY. Gdyby było inaczej, może na studiach powinni nas zabierać na pole i kazać obserwować jak rosną ziemniaki? Po co zajęcia z anatomii, po jakiego grzyba był mi kliniczny zarys chorób, praktyki w szpitalu? Po co? Czy nie po to, żeby pomagać? 

Moim zadaniem w pracy dietetyka nie jest tylko zalecanie ludziom zdrowego odżywiania- moim zadaniem jest wybranie takiego sposobu żywienia, który będzie wpływał na zdrowie danej osoby- mam pomagać w leczeniu.

Nie przepisuję leków, które mają pomagać, ale przepisuję dietę, która ma spełniać to samo zadanie. I aby to zrobić, muszę posiadać wiedzę nie mniejszą niż lekarz- muszę wiedzieć jakie są objawy chorób, jakie ich skutki. Moim zadaniem jest zalecanie konkretnych produktów, a odradzanie tych, które mogą szkodzić. Nieustannie muszę mieć rękę na pulsie, kiedy prowadzę pacjenta, bo nieprawidłowo dobraną dietą, mogę komuś zrobić krzywdę. Muszę stale się uczyć i poszerzać swoją wiedzę. Nie mogę raz wyuczonej czynności powtarzać bezmyślnie- zalecenia się zmieniają, nauka idzie do przodu, ja muszę nadążać. I chciałabym, żeby to było warte zachodu- chciałabym być traktowana poważnie. 

Lekarzy nie przeszkala się z żywienia w chorobach- takie są realia. Pracując w szpitalu widzę to doskonale. I choć są wybitnymi specjalistami w swoich dziedzinach, to ja jestem w szpitalu po to, aby nie musieli dokładać sobie kolejnej porcji wiedzy- fajnie, jeśli uznają żywienie za ważny element leczenia, ale spokojnie mogliby edukację i pomoc w tym zakresie złożyć na barki dietetyków. I my naprawdę na to czekamy- bo chcemy pomagać, bo czujemy się pewni w naszej dziedzinie i wiemy, że możemy żywieniem wpływać na zdrowie pacjenta. 

Ale nie- odmawia nam się do tego prawa- nie regulując naszego zawodu, a teraz wrzucając go do koszyka kierunków rolniczych. Rolnictwo jest jednym z ważniejszych sektorów w rozwoju państwa- nie da się ukryć tego, że wszyscy musimy jeść. Ale zadaniem rolników jest dostarczenie żywności. My dietetycy mamy inne zadania- tak jak lekarze, pielęgniarki i ratownicy wpływamy na ludzie zdrowie i jakość życia. Nie ma tu lepszych i gorszych dziedzin- lekarz nie jest lepszy od rolnika- po prostu każdy pełni w tym systemie określoną funkcję- nam naszego miejsca w tym łańcuchu się odmawia. 

Jeśli macie chwilę czasu, to podpiszcie proszę petycję: LINK. Być może uda się narobić wystarczająco dużo hałasu, aby głos dietetyków został usłyszany. Jesteśmy małą grupą zawodową, którą nieustannie się ignoruje, więc potrzebujemy wsparcia!